Homo Viator (P)
Homo viator *

Od jego pierwszej, paryskiej wystawy w Club des Poètes minęło 30 lat. Wcześniej, w 1967 roku, eksponował swoje rysunki i rzeźby w Söder Gallery w Sztokholmie. Od tego czasu wiele się zmieniło, ale też droga, jaką obrał Paweł Jocz, prowadzi w tym samym kierunku.


Głowa jest symbolem. Głowa to kosmos. Bez niej nie byłoby kosmosu - mówił przed laty autor „Soli¬darności ludzkiej", prawie czterometrowej rzeźby gó¬rującej nad niebem Wielsbeke w Belgii. My, jak obłok, pojawiamy się i znikamy, żyjemy tu i teraz, a jednocześnie wykraczamy poza widzialne, rozpoznawalne, czytelne znaki. Gdzie jest miejsce na portret? Jak scha-rakteryzować miejsce, w którym powinien się poja¬wić?1 - pytał autor monumentalnych rzeźb „Elevation" i „Nouage de poète", stojących u granic Paryża. Mó¬wimy o strukturach twarzy, głowy. Albo morfologii twarzy. Psychologii twarzy, atmosfery psychicznej, podwójności. Wieloosobowosci - bogactwa form - oceanu ludzkiego „ego" i tegoż wędrówek w ciemno, w jasno. Tunele determinacji, strachu, śmierci. Bólów, Chorób. Całego tego naszego chodzenia na, młodych lub steranych życiem, dwóch bolących kończynach. To cały nasz portret2 - pisał. Jego bunt przeciwko pseudonowoczesności, odchodzeniu od podstawowych spraw, od losu człowieka, jego historii i doświadcze¬nia, jest przypomnieniem, że problemy fundamental¬ne zawsze są i będą te same3.
Myliłby się ten, kto by w sztuce polskiego rzeźbia¬rza, rysownika, malarza, a także autora tekstów, dopa¬trywał się zwykłej kontestacji, kto chciałby jego dzieło umieścić w nurcie wciąż modnej, epatowanej i powie¬lanej na tysiąc sposobów estetyki wrażeń. Dzieło Pawła Jocza, choć nieobojętne przemijającej chwili, wykracza poza teraźniejszość i bieżące, często konformistyczne zapotrzebowania, jest jak najbardziej własne.
Człowiek i czas, trwanie i umieranie, nieobjęta prze¬strzeń i tajemnica bytu, wciąż zmieniające się ludzkie oblicze i niby jedna, a jednak wiele twarzy, a jednocze¬śnie precyzyjny rysunek lub rzeźba mężczyzny, kobiety, kogoś z nas, nas samych.
Dzisiaj, kiedy liczą się przede wszystkim emocje, kiedy część bierze się za całość, kiedy chaos wydaje się zasadą, a ludzkie przeżycia stały się o wiele waż¬niejsze niż kosmos, bycie w świecie, istnienie. Paweł Jocz uparcie kreśli linie życia. Dzisiaj, kiedy rozpacz albo pseudooptymizm staje się odpowiedzią, kiedy cier¬pienie jest zaledwie dekoracją, a nieszczęścia, jakie spadają na człowieka, tłumaczy się boską obojętno¬ścią, Paweł Jocz dotyka najczulszej tkanki, wnika w cielesną powłokę i idzie dalej, głębiej.
To nie jego postaci są rozdane, lecz niebo. Nie spoj¬rzenie czy rysy twarzy są niewyraźne, lecz to, co nas otacza. Nie usta są nieme, lecz ulice, domy, ściany na¬szych mieszkań.
Łatwo, oglądając portrety Pawła Jocza, ulec iluzji, że trzeba samemu się „dopisać", „dodać" swoje emo¬cje, bardziej serca niż rozumu słuchać, zebrać chaotycz¬ne myśli.
Jego twarze odsłaniają się w ciszy, odosobnieniu. Rysownik i rzeźbiarz w jednej osobie nie dekonstruuje, nie masakruje obrazu, lecz próbuje scalić, pokazać czło¬wieka takim, jaki jest na zewnątrz i wewnątrz, jaki jest i jaki potrafi być, jakich dokonuje wyborów, jak się miota lub odnajduje, jak nienawidzi i kocha, jak upada i pod¬nosi się, jak żyje i umiera, jaki pozostawia ślad.
Oglądając portrety Pawła Jocza nie wolno poddać się sile ich ekspresji, lecz trzeba poddać się mocy czer¬panej z materii i ducha, trzeba tak jak Bóg, ulepiwszy z prochu ziemi Adama i Ewę z jego kości, tchnąć w nie życie, trzeba zobaczyć je w przestrzeni i czasie, trzeba umieścić je w historii, zarówno w zbiorowym, jak i pojedynczym doświadczeniu.
Miejscem, z jakiego patrzymy na człowieka (a także i na siebie), nie jest Eden. Dlatego leż nie można mieć pretensji do artysty, że łączy w swej sztuce to, co pierwotne i w pewnym sensie doskonałe, z tym, co wtórne, ułomne, ludzkie, a zarazem uniwersalne.
Uniwersum Pawła Jocza jest człowiek. Istota nie¬znana, ukryta w różnych pozach, zasłaniająca swoje oblicze, często skrywająca prawdziwą twarz, a jedno¬cześnie naga i bezbronna.
Tajemnicą warsztatu autora „Homo viator", jed¬nej z najbardziej autobiograficznych i zarazem przej¬mujących rzeźb, jest umiejętność łączenia przeci¬wieństw, zdolność ukazywania ludzkiego „ja" w jego zmienności, a zarazem niezmienności, ostrości i niewyrazistości.
Portretowana przez artystę osoba, mimo maski, ukazuje się w całej swej prawdzie, bez osłon, bez kamu¬flażu, ale owo odsłanianie - czy zdzieranie maski - zdaje się mirażem, wysiłkiem daremnym, bo nigdy nie kończącym się. Prowadzi też do bolesnej konfrontacji z samym sobą. Rodzi wciąż nowe pytania i wątpliwości.
Uniwersum Pawła Jocza jest człowiek, homo viator. Ludzka wędrówka, choć zamknięta w czasie, ograniczona do określonej przestrzeni, trwa, sięga kosmo¬su - a nawet dalej.

Marek Wittbrot

I) Pawel Jocz - sculptures, dessins, pentiures. Paris 1991. s. 78.
21 Paweł Jocz, Na trudnej drodze, „Nasza Rodzina", nr 2 (593) 1993, s. 29-30.
3) J.w., s. 30.


Tekst ukazał się w poznańskim piśmie „Czas Kultury", nr 3 (84), s. 130-131.